
Sporo osób zastanawia się, czy zmiana dobrze znanej nazwy choroby: zespół policystycznych jajników (PCOS) na PMOS (Polyendocrine Metabolic Ovarian Syndrome), czyli wieloendokrynny jajnikowy zespół metaboliczny, faktycznie ma sens. Po co tak mieszać, skoro nazwy nie leczą? Okazuje się jednak, że mogą skutecznie szkodzić. Tak przynajmniej wynika z raportu w "The Lancet".
Profesor Marzena Dębska tłumaczy na swoim profilu, a także w wywiadzie udzielonym "Pulsowi Medycyny", że obecna nazwa sugeruje wielotorbielowatość jajników (cysta=torbiel) i potrzebę skupienia się na zdrowiu jajnika, a tymczasem żadnych torbieli nie ma i nie o to chodzi w tej chorobie.
To, co pierwsi badacze uznali za torbiele, to w rzeczywistości niedojrzałe pęcherzyki, obwodowo ułożone tuż pod pogrubiałą, stwardniałą osłonką jajnika, które nie zdołały pęknąć i uwolnić komórki jajowej. Jajniki są powiększone, a drobne pęcherzyki dają charakterystyczny obraz, doskonale widoczny w USG. To badanie było przez lata podstawą diagnostyki poniekąd też dalszego postępowania.
Dziś już wiemy, że można mieć taki obraz jajników w USG i NIE mieć schorzenia nazywanego PCOS. I - znacznie rzadziej - może być też odwrotnie.
Zachęcamy do lektury całości (linki powyżej), choćby w celu zapoznania się z obecnie obowiązującymi kryteriami diagnostycznymi.